W sierpniu 2013 roku wybraliśmy się w podróż do źródła trenowanych w SANBAO sztuk walk. Pomimo odwiedzenia wielu innych miejsc w Chinach, naszym zasadniczym celem było dotarcie do kolebki stylu Chen Taijiquan – wioski Chenjiagou. W XVII wieku urodził się w niej i żył generał Chen Wanting, który opracował ten styl walki. Od tego czasu jest on tam ćwiczony, zaś do niedawna jeszcze przekazywany był tylko w obrębie rodziny. Mieszkaliśmy w szkole u Chen-Binga – siostrzeńca znanego spadkobiercy stylu Chen-Xiao-Wanga.
Początek naszej podróży zaczął się w Pekinie. Wylądowaliśmy na tamtejszym lotnisku po kilkunastogodzinnym locie. Kiedy tylko poczuliśmy pekińskie powietrze, uderzyło nas uczucie gorąca i wilgoci, wymieszane z charakterystycznym zapachem smogu. Z lotniska dostaliśmy się do szybkiej kolei, która przez większość czasu rozwijała prędkość ok 300 km/h. Po trzech godzinach jazdy i przebyciu ponad 800 km znaleźliśmy się w miejscowości Zhengzhou, w której zatrzymaliśmy się na nocleg. Następnego dnia ruszyliśmy do Wenxian (dwie godziny drogi autobusem), oddalonego ok 5 km od naszego miejsca docelowego. W Wenxian zatrzymaliśmy się na jedną dobę, żeby jeszcze zanim rozpoczniemy treningi, poczuć atmosferę tamtego miejsca i poobserwować życie tamtejszych ludzi, którzy funkcjonują w świecie dalekim od naszej cywilizacji.
Wreszcie w niedzielę 18 sierpnia – przyjechaliśmy do Chenjiagou. Zakwaterowaliśmy się w szkole u Chen-Binga – siostrzeńca znanego spadkobiercy stylu Chen-Xiao-Wanga. Chen-Bing prowadzi jedną ze szkół znajdujących się we wiosce i wyróżnia się, na tle innych nauczycieli, wysokim poziomem kultury osobistej, która nie jest bez znaczenia dla atmosfery panującej w jego szkole. Posiada także wyższe wykształcenie z zakresu sportów walki. Ukończył chiński odpowiednik naszego AWF-u. Wiedza przekazywana w jego szkole jest więc usystematyzowana. Chen-Bing posiada dobrą organizację zajęć i odpowiednią liczbę kompetentnych trenerów.
Treningi są prowadzone w sposób konsekwentny i bardzo dobrze zorganizowany. W szkole ćwiczyliśmy dwa razy dziennie po trzy godziny. Każdy trening rozpoczynał się półgodzinną rozgrzewką, po której zawsze w tle puszczano subtelną chińską muzykę, przy której wykonywaliśmy wspólnie formę Laojia Yilu. Ten blok prowadzony był codziennie przez jednego z trenerów, którzy zmieniali się każdego dnia. Potem następowała krótka przerwa, a po niej zajęcia indywidualne lub ćwiczenia w grupach.
Adam na każdym treningu przez pół godziny miał okazję ćwiczyć indywidualnie formę Laojia Yilu z trenerem Li-Xiang-Dongiem, którego wspólnie uznaliśmy za najlepszego nauczyciela w szkole! W tym czasie Paweł w grupie prowadzonej przez Chen-Jin-Tanga uczył się formy Laojia Erlu (nazywanej również Formą Armatniej Pięści).
Oczywiście były też grupy trenujące inne elementy Chen Tai Chi Chuan, my natomiast wyjazd ten poświęciliśmy głównie na doskonalenie tych dwóch form – Laojia Yilu oraz Laojia Erlu.
Czas pomiędzy treningami spędzaliśmy na obserwowaniu życia tamtejszych ludzi. Pomimo trudnych warunków bytowych, biedy, braku podstawowych wygód Chińczycy, w szczególności mieszkańcy Chenjiagou, są uśmiechnięci i życzliwi. Nigdzie, podczas całej naszej podróży, nie spotkaliśmy się z jakąkolwiek oznaką antypatii. Wręcz przeciwnie – byliśmy powszechną atrakcją. Ludzie ze zdziwieniem patrzyli na nasz odmienny wygląd, robili sobie z nami zdjęcia. Pomimo trudności w komunikacji – prawie nikt nie rozumie tam ani słowa po angielsku – wszyscy poproszeni o pomoc starali się nam jej udzielić z uśmiechem na ustach. Ludzie ci pomimo ich prostego życia, a może właśnie dlatego, wydają się być pogodni i szczęśliwi. Nie ma tam pośpiechu, „wyścigu szczurów”, walki o to, żeby mieć coraz więcej. Przynajmniej w kontakcie ze zwykłymi ludźmi tego się nie odczuwa.
Widać to również na drogach, gdzie każdy jeździ jak chce, gdzie przepisy ruchu drogowego wydają się być tylko formalnością, gdzie światła na drodze są sprawą umowną i nieważne czy ma się zielone, czy czerwone i tak wszyscy jadą i idą po drodze. W tym wszystkim naprawdę nie ma pośpiechu. Nikt nie szaleje, nie pędzi. Pojazdy poruszają się z prędkością 50-60 km/h i pomimo tego „prawa dżungli” na drogach, podczas naszego pobytu w Chinach, nie zauważyliśmy ani jednego wypadku.
Z uwagi na fakt, że nasze umiejętności porozumiewania się w języku chińskim, poza kilkoma grzecznościowymi zwrotami, są prawie równe zeru, oczywistym jest, że nie lada wyczynem była dla nas rzecz podstawowa – zamawianie posiłków. Często menu ograniczało się do kartki papieru z „krzaczkami” w języku chińskim i cenami. Udało się nam jednak spróbować kilku pysznych chińskich specjalności kulinarnych. Na długo chyba zapamiętamy codziennie przez nas konsumowane danie – bakłażana zapiekanego w cieście z warzywami – mmmmmm… – palce lizać. Choć trzeba przyznać, że estetyka restauracji, higiena przygotowywania dań i ich podawania pozostawiają jeszcze, delikatnie mówiąc, wiele do życzenia.
Po ośmiu dniach treningów w Chenjiagou (48 godzin treningu), w poniedziałek 26 sierpnia, opuściliśmy szkołę i pojechaliśmy do miejscowości Dengfeng, w której mieści się słynny Klasztor Shaolin.
Na terenie przyległym do świątyni udało się nam wynająć prywatną kwaterę, co umożliwiło nam przez dwa kolejne dni zwiedzanie samego klasztoru, Groty Bodghidharmy, Pagody sławnych mnichów, obejrzeliśmy również pokazy Kung Fu, a także wybraliśmy się na szlak po otaczających klasztor górach skalistych, należących do pasma Songshan, które imponują pięknem i wielkością. Mieliśmy okazję podziwiać widoki z bardzo wysoka. Ogrom otaczającej nas przestrzeni budził respekt.
Kompleks Shaolin wieczorem jest zamykany, a my z uwagi na nasze zakwaterowanie na jego obszarze, mogliśmy jeszcze długo spacerować i przyglądać się codziennym treningom młodych adeptów sztuk walk. Wiele grup treningowych (z różnych przyległych do świątyni szkół) biega, inni zaś trenują pod okiem swoich instruktorów.
Bardzo duże wrażenie zrobiła na nas motoryka trenujących, wysoki poziom ich sprawności fizycznej, a także bardzo duży poziom dyscypliny. Nic dziwnego, gdyż osoby tu trenujące właściwie cały dzień są w ruchu i poza formalnymi treningami przez cały czas biegają, a także bawią się wykonując nieustannie różne gimnastyczne akrobacje.
Wydaje się, że część turystyczną kompleksu Shaolin można pozostawić w cieniu tych wrażeń, które wynikają z obserwacji samych treningów, charakteryzujących się przede wszystkim bardzo dużym poziomem dyscypliny – nawet u najmłodszych adeptów szkół sztuk walk.
W środę, 28 sierpnia, wyjechaliśmy z Dengfeng taksówką, która po około dwóch godzinach dowiozła nas do Louyang Longmen. Stamtąd szybką koleją udaliśmy się do Pekinu, gdzie zatrzymaliśmy się w hotelu w dzielnicy Dongdang. Tam mieliśmy okazję zobaczyć inne Chiny. Ta dzielnica różniła się znacznie od tego, co do tej pory obserwowaliśmy. Był już wieczór na ulicach mnóstwo świateł, neonów, hoteli, ekskluzywnych sklepów znanych zachodnich marek. Ulice były pełne ludzi. Życie nocne kwitło… To było zderzenie dwóch kultur – wschodniej i „zachodniej”. Niekoniecznie wszystko, co z zachodu zaadaptowali Chińczycy było dobre. W tym miejscu czuć było, że Chińczycy gdzieś powoli tracą swoją tożsamość. Jakkolwiek nie jest niczym złym czerpanie tego, co dobre z innej cywilizacji, to zachowanie własnej kultury i jej dziedzictwa jest czymś, co powinno mieć znaczenie.
Ostatni dzień pobytu w Pekinie zwieńczyliśmy wycieczką do Badaling na Wielki Mur Chiński, który oddalony był od miejsca naszego zakwaterowania o półtorej godziny drogi autobusem. Pomimo, że jest to jeden z najpopularniejszych chińskich zabytków wpisany na listę dziedzictwa UNESCO, nie zrobił on na nas tak wielkiego wrażenia, głównie z uwagi na tłumy ludzi, pomiędzy którymi trudno było się przecisnąć. Być może nie tych Chin chcieliśmy zasmakować, a doświadczenia z poprzednich dni naszej wyprawy były na tyle bogate, że Pekin im musiał ustąpić.
W piątek, 30 sierpnia, z lotniska w Pekinie pożegnaliśmy kraj pełen barw i kontrastów, kraj zróżnicowany krajobrazowo i kulturowo. Kraj, gdzie skrajne ubóstwo przeplata się z luksusem, gdzie na ulicach widać ludzi jeżdżących zardzewiałymi rowerami, motorowerami i wszelkiego rodzaju wehikułami własnej konstrukcji oraz ludzi, którzy poruszają się bardzo luksusowymi samochodami – wydaje się, że często przypominającymi do złudzenia zachodnie marki. Ciekawe, czy jeszcze długo będzie można oglądać Chiny, które dane nam było poznać. Jeden z poznanych Chińczyków powiedział nam, że 5 lat temu nie było tu takich szybkich pociągów, a 10 lat temu powietrze w Pekinie zdecydowanie „inaczej” smakowało…
Adam Dzieciątko