Jest nam bardzo miło poinformować wszystkich, iż jedna z naszych ulubionych zawodniczek udała się śladami trenerów SANBAO do Chin, aby w wiosce Chenjiagou osobiście doświadczyć klimatu treningowego Chen Tai Chi. Paulina Formella postanowiła podzielić się z nami swoimi spostrzeżeniami z treningów w jednej z najlepszych na świecie szkół Tai Chi – Chen Bing’s School – Chenjiagou, Henan. Bardzo gorąco zachęcamy do lektury poniższego tekstu, autorstwa Pauliny.
Kadra SANBAO
Adam Dzieciątko i Paweł Antonowicz
Moja przygoda w Chenjiagou – Paulina Formella (Akademia SANBAO)
Pierwszy raz usłyszałam o Chenjiagou, kiedy mniej więcej 4 lata temu trenerzy SANBAO – Paweł Antonowicz i Adam Dzieciątko zrelacjonowali na zimowym obozie swój pobyt w tej wiosce. Już wtedy byłam zakochana w sztukach walki, a w samym Tai Chi widziałam ukrytą moc i ogromny potencjał. Zaczęłam po cichu marzyć, jak wspaniale byłoby tam kiedyś pojechać.
Minęły dwa lata, a ja skończyłam szkołę i wyjechałam za granicę pracować. Pojawiła się realna szansa na odłożenie pieniędzy na wyjazd do Chin. Chciałam się dobrze przygotować więc sama podróż odbyła się stosunkowo niedawno. Patrząc na to z dystansu widzę, że dobrze było mieć tyle czasu, również dla fizycznego przygotowania. Często wspominam, że przygotowywałam się na wszystko, w szczególności na najgorsze. Jednak to, co mnie spotkało w Chinach było zupełnym zaskoczeniem.
W samej Szkole Chenjiagou spędziłam 20 dni. Podczas pobytu zauważyłam że cele, dla których ludzie ćwiczą Tai Chi można podzielić na mniej więcej cztery główne: zdrowie, sport, filozofia i walka. Nieszczęśliwie niewielu z nich stara się te wszystkie cele połączyć, choć osobiście uważam, że Tai Chi jest sztuką, w której by się w pełni rozwinąć, trzeba wykorzystywać wszystkie jej aspekty.
Moja klasa Laojiayilu koncentrowała się głównie na zdrowiu, nauczyciele na filozofii, grupa dziecięco-młodzieżowa na sporcie i odrobinie walki… tak, odrobinie walki… Przyglądałam się z boku ich ćwiczeniom i wszystko, mimo dyscypliny iście wojskowej, wciąż mocno przypominało zabawę. Uznałam jednak, że nie ma sensu krytykować ludzi za to jak ćwiczą, a wziąć tyle, ile się da i w ten sposób osiągnąć różnymi sposobami ten sam cel.
Dzięki mojemu nauczycielowi i notatkom z zajęć z jego bratem, jakie przekazała mi moja chińska znajoma, poznałam ułamek filozofii Tai Chi. Filozofii stanowiącej o priorytetach technik takich jak perfekcyjny balans, rozłożenie ciężaru ciała, równowaga, kontrola każdego ruchu, kontrola adrenaliny wynikającej ze zgromadzenia energii i wyzwolenia jej za pomocą uderzenia, idealna miękkość, która w każdej chwili w kontrolowany sposób może stać się niszczącą, twardą siłą. Zrozumiałam jak bardzo jest to potrzebne ucząc się na nowo krok po kroku Laojiayilu, gdzie mój nauczyciel co chwila podchodził do mnie i poprawiał pozycję lub wskazywał na błędy. Zrozumiałam to też dobrze, gdy ten sam nauczyciel podjął się trudu nauczenia mnie Laojiaerlu, drugiej formy, która w moim przekonaniu jest bardziej zaawansowana niż pierwsza. W przypadku tej drugiej miałam okazję być jedyną w klasie, co też Pan Wu nie dał przejść żadnemu z robionych przeze mnie błędów.
Słowo kontrola pojawiło się już kilka razy, ale jest ono kluczowe w poprawnym wykonywaniu formy. Obie formy można, a nawet powinno się robić najpierw powoli, bardzo wolno. I nie tylko przejścia ciężaru ciała z jednej nogi na drugą, co oczywiście jest ważne tak samo, ale również, uwaga, uderzenia i kopnięcia da się i powinno wykonywać powoli na początku, by z czasem dodawać coraz więcej siły. Po chińsku nazywa się tą czynność „fali”, która dosłownie znaczy „release the power” – uwolnić moc. To wydawało mi się oczywiste, a jednak wciąż, kiedy wykonywałam kopnięcia w pierwszej formie, musiałam lekko podskakiwać w miejscu, żeby łapać równowagę. Pan Wu pokazał nam jak ruch po ruchu przygotować się do „uwolnienia mocy”, a następnie wykonać uderzenie, czy kopnięcie nie tracąc balansu nawet na moment. Czyni to uderzenie precyzyjnym i idealnie wyważonym.
Jednak wciąż brakowało mi w całej tej nauce walki. Okazało się, że w całym Chenjiagou są cztery główne szkoły, ta która jest własnością Chen Binga jest szkołą właśnie koncentrującą się na filozofii, na poprawnym, dokładnym wykonaniu formy z dbałością o główne założenia techniczne. Jest też mnóstwo domowych szkół prowadzonych przez byłych nauczycieli, jak to ujęła moja znajoma „W Chenjiagou mieszkają właściwie sami nauczyciele!”. Jedna z dalej położonych szkół koncentruje się za to głównie na walce. Na tym, aby każdy ruch miał sens.
Kolega z klasy zauważył moją fascynację Tai Chi jako stylem walki i zabrał mnie do swojego byłego nauczyciela. Nauczyciel ten swego czasu uczył w szkole, o której wspomniałam powyżej. Niestety znajomy zabrał mnie tam na krótko przed moim wyjazdem, ale przez te kilka lekcji zdążyliśmy się trochę porzucać. Nauczyciel pokazał mi Laojiayilu z zupełnie nowej strony. Okazuje się, że ta forma jest naszpikowana technikami! Wiedziałam, że trochę ich tam jest, ale nie spodziewałam się, że każdy ruch służy to obrony… Każdy… Stabilna niska pozycja, stabilne przemieszczanie się, odpowiednie wyważenie ciała, miękkie, płynne ruchy, to wszystko składa się na użyteczne, dokładne techniki walki.
Żeby lepiej ubrać w słowa to co mam na myśli przytoczę informacje, jakie przeczytałam w książce „Chiny bez makijażu” autorstwa Marcina Jacoby, którą zresztą gorąco polecam. Jeżeli chcecie zrozumieć prawdziwego ducha chińskich sztuk walki, musicie przyjąć, że style zostały stworzone do samoobrony od samego początku. Ludzie się bili, bronili, a jak jakaś technika zadziałała to próbowali ją zapamiętać. Żeby lepiej zapamiętać grupy technik powstały formy, w których przechodząc z pozycji w pozycję łatwiej nam jest przypomnieć sobie cały materiał niż na wyrywki. Do tych technik mogły też zostać „dorzucone” ćwiczenia na rozciąganie, jednak nie to jest podstawowym celem ich wykonywania. Dlatego choć wydawałoby się, że pierwszą formę (Laojiayilu) wykonuje się dużo wolniej niż drugą (erlu), to tak naprawdę obie powinno się rzeźbić wolno krok po kroku na początku, aby móc je wykonać zaraz dużo szybciej i z mocą uderzeń, bloków, dźwigni, ale równie dokładnie!
I tak to wyglądało w moim przypadku. Byłam już zapisana do klasy Laojiayilu, ale po pierwszych zajęciach, na przerwie, zobaczyłam na placu szkoły trenującą klasę. Wykonywali formę Tai Chi, jednak była ona pełna ciosów, skoków, niskich przejść, wykonywana z prawdziwą siłą. Z pomocą jednego z moich chińskich znajomych udało mi się dociec, że jest to druga forma, Laojiaerlu. Kiedy spytaliśmy w sekretariacie o to, czy mogę dołączyć do klasy trenującej tę formę, jeden z akurat siedzących tam nauczycieli powiedział, że on może mnie jej nauczyć. Pierwszym moim zdziwieniem było to, że jak ustawiliśmy się przy lustrach na sali, byliśmy sami. Ucieszyłam się ogromnie, będę miała właściwie indywidualne lekcje. Potem zaraz rozczarowałam. Pozycja za pozycją druga forma przypominała pierwszą. Robiliśmy ją powoli i wyważenie, bez szału i energii, jakiej oczekiwałam. Powolne, dokładne przejścia, balans, dbałość o technikę. Cierpliwość się jednak opłaciła. Pan Wu, gdy stwierdził, że sekwencję, jakiej mnie uczył, wykonuję poprawnie, pokazał mi, jak dodać do całości ognia. Pod żadnym względem nie uważam się za ekspertkę w tej formie, ale na pewno pobierałam nauki od prawdziwego profesjonalisty.
W jednym z artykułów napisanych przez samego Chen Binga zauważa on, iż by poprawnie wykonać formę należy nauczyć się doskonale podstaw. A do tego wystarczy nam pięć pierwszych ruchów. Kiedy już osiągniemy mistrzostwo w ich wykonywaniu, reszta nie będzie stanowić dla nas problemu. Nic bardziej prawdziwego. Pan Wu próbował naszą klasę nauczyć podstaw miecza. By poprawnie wykonać techniki miecza Tai Chi wystarczy pojąć podstawy samego stylu. Reszta to tylko garść nowych technik. A potem trening, trening i jeszcze raz trening.
Moja przygoda z Tai Chi trawa już 4 lata, lecz jest to dopiero początek. Jestem niesamowicie wdzięczna Adamowi i Pawłowi za całe ich zaangażowanie w przekazywaniu nam całej swojej wiedzy, bo choć każdy z nas widzi, jak dobrymi nauczycielami są, to dopiero gdy pojechałam do Chin, uczyłam się z chińczykami od chińskich nauczycieli, doceniłam, jak wysoki poziom przedstawia nasza Szkoła SANBAO, oraz usłyszałam nie jeden raz, że musiałam mieć dobrych nauczycieli, skoro tak dobrze rozumiem techniki przekazywane mi jedynie niewerbalnie (sam Pan Wu znał może z 5 słów po ang.). Kilka osób wskazało również, że miło jest wreszcie zobaczyć obcokrajowca, który wykonuje Tai Chi przedstawiając dobry poziom.
Co do samych chińczyków poznanych w wiosce Chenjiagou to zostałam po raz kolejny mile zaskoczona. Starałam się być miła, uśmiechnięta i otwarta, ale nie spodziewałam się, że przyjmą mnie jak swoją i dosłownie zaopiekują się mną przez cały mój pobyt. Choć na całą szkołę znalazłam może z 6 osób posługujących się językiem angielskim na poziomie komunikatywnym, to ani jedna z nich nie chodziła ze mną do klasy. A mimo to właśnie z moja klasą zaprzyjaźniłam się najmocniej. Niesamowite jest to, jak wiele można przekazać niewerbalnie, a moi znajomi okazali się prawdziwymi mistrzami w przeskakiwaniu tej językowej bariery. I tak na migi, pokazując i wskazując udało im się zbudować mi domową atmosferę, troszczyć się o mnie, żartować i śmiać się. Dawałam z siebie wszystko, żeby im się za to odwdzięczyć i do dziś (dzięki chińskiemu komunikatorowi WeChat) utrzymujemy ze sobą kontakt.
Ta podróż była dla mnie nie lada wyzwaniem. Psychicznym, fizycznym i finansowym. Szczerze mówiąc tak się stresowałam, że gdy zbliżaliśmy się do lądowania w Pekinie, miałam głowę pełną myśli w stylu „O Boże… Co ja narobiłam…”. Teraz tęsknię za tymi ludźmi, szkołą i wioską całym sercem i nie żałuję niczego co musiałam poświęcić czy znieść, żeby się tam znaleźć. Jestem pewna, że kiedyś tam wrócę. A co do samego Tai Chi, czuję, że weszłam na zupełnie nowy poziom, spojrzałam na ten styl z trochę innej perspektywy oraz trochę lepiej go zrozumiałam. Zrozumiałam też jak świetną szkołę mamy tu, w Gdańsku.
No nic… Trenujcie, jakbyście podróżowali i podróżujcie, jakbyście trenowali.
Po drodze definitywnie zajrzyjcie do Chenjiagou.
Niech żyją marzenia.
Paulina Formella